Każdy dorosły mężczyzna chociaż raz w swoim życiu znalazł się w Strefie Przyjaźni. I nie chodzi mi o klasyczny tekst po nieudanym związ...

Jak zdobyć przyjaciółkę

By | 23:33 Leave a Comment
   Każdy dorosły mężczyzna chociaż raz w swoim życiu znalazł się w Strefie Przyjaźni. I nie chodzi mi o klasyczny tekst po nieudanym związku – „zostańmy przyjaciółmi”, mam raczej na myśli zaszufladkowanie już na początku znajomości. I sytuację, w której nie jest to dla nas wymarzony obrót spraw. W swoim życiu zostałem „zafriendzonowany” dwa razy. 

   Za pierwszym razem (kierując się logiką) starałem się być jak najlepszym przyjacielem, tak żeby wybranka zobaczyła, że można na mnie polegać, żeby zrozumiała jak świetnie się dogadujemy, miło spędzamy razem czas i żeby w końcu dotarło do niej, że do siebie po prostu… pasujemy. Za drugim razem olałem sprawę. Owszem, potrafiliśmy prowadzić wielogodzinne rozmowy o sensie egzystencji, chodzić na długie spacery po parku i wysłuchiwać swoich problemów. Ale tym razem miałem w dupie to co o mnie pomyśli. Opowiadałem więc o swoich podbojach, o dziewczynach które mi się podobają (pomijając ją rzecz jasna), dając wręcz niejednokrotnie do zrozumienia, że ona – jako kobieta – nie interesuje mnie w ogóle. Zgadnijcie, w którym przypadku udało mi się wyjść ze Strefy Przyjaźni. Tak, dokładnie, zgadliście. Ale po kolei… 

Podejście pierwsze - taktyka na przyjaciela. 

   Dziewczyna podobała mi się od podstawówki. Wysoka, szczupła, ładna, inteligentna. Pamiętam, że po latach spotkaliśmy się na… rekolekcjach do bierzmowania. Lata szkoły średniej. Za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć jak się nazywała, ale były to czasy naszej-klasy, więc znalazłem ją bez problemu. Kilka razy poszliśmy razem na te spotkania (cholera, 9 miesięcy spotkań z animatorem, jedno tygodniowo. Mam nadzieję, że przyszła żona doceni moje poświęcenie), wymieniliśmy się numerami i jakoś poszło. Zostaliśmy PRZYJACIÓŁMI. Była po długoletnim związku, więc „nikogo nie szukała”. Ok, przeczekam – pomyślałem. Jakież było moje zdziwienie gdy miesiąc później okazało się, że ma już nowego chłopaka. A te wszystkie spacery wieczorami? Te rozmowy w blasku księżyca?! „bo z Tobą Cezar to mogę porozmawiać o wszystkim, a tamten to taki prosty chłopak”. Tylko, że kurwa to ten prosty chłopak pieprzył ją nocą, a ja za dnia słuchałem jaki on jest dla niej niedobry. Nie uwierzycie w moją naiwność, ale tkwiłem w takim układzie kilka miesięcy. Kurwa, odbierałem ją nocami od niego, bo nie miała auta. Frajerstwo w czystej postaci. 

Podejście drugie – friendzone za friendzone. 

   Nie będę ściemniał. Zaczepiłem ją na fejsie. Zero wspólnych znajomych, zero informacji, zero dojścia. Zaczepka – ostatnia deska ratunku. Poszło. I na starcie pierwszy zonk (hehe zonk, pamiętacie tego kota?) – zakochana w innym. W dodatku w obcokrajowcu. Jak w jakimś pierdolonym filmie, miłość na 2 tysiące kilometrów. Pamiętam, że miał takie samo imię jak ja, tylko w ichniejszym języku, powiedzmy, że – Cezarre. No i ile ja się znów osłuchałem, jaki ten Cezarre jest zły i niedobry.  Zacząłem jak za pierwszym razem: słuchać i doradzać. I co? I znowu zostałem przyjacielem. Wtedy coś we mnie ruszyło. Zacząłem myśleć. Czemu gdy staram się być miły, troskliwy i opiekuńczy, od razu ląduję w szufladzie z napisem „FRIENDS FOREVER”? Wkrótce to rozumiałem to, ale musicie mi wybaczyć, o tym napiszę na końcu. Grunt, że postanowiłem zmienić taktykę. Używając terminologii pokerzystów, zagrałem all in. Pogłębiłem friendzone. Wepchnąłem ją w tę szufladę głębiej, niż ona mnie. Zacząłem spotykać się z innymi a w trakcie naszych przyjacielskich spacerów nie żałowałem sobie barwnych opowieści z moich randek. Mniej obchodziły mnie już jej problemy, zacząłem kierować uwagę głównie na siebie. Często, z premedytacją, porównywałem inne do niej. Na korzyść tych innych, rzecz jasna. Niby przypadkowo wtrącałem uwagi, o jakich cechach dziewczyny nie chciałbym mieć. Zgadniecie czyje to były cechy? :) I nagle boom. „Cezar jaki Ty jesteś fajny. Myślę ciągle o jakimś chłopaku, który jest tysiące kilometrów stąd, a obok mam takiego wspaniałego faceta.” Miesiąc później byliśmy już razem. I nie był to odosobniony przypadek. Metoda testowana wiele razy. Zawsze skuteczna. Wnioski? 

Po pierwsze: Kobiety czekają na księcia na białym rumaku. Banał? Owszem, ale jaki prawdziwy. One naprawdę ciągle liczą, że znajdą kogoś lepszego. Dlatego nie szkoda im próbować z „prostymi chłopakami”, bo jak nie ten, to następny. Mała strata. Natomiast przyjaciela chcą trzymać blisko siebie, bo w razie gdy książę jednak nie raczy się zjawić, to zawsze mają w zanadrzu „tyle się już znamy, świetnie się dogadujemy, powinniśmy być razem.” W dowolnej chwili, w przypływie poczucia samotności, zawsze mogą wrócić do swojego przyjaciela. Koło ratunkowe, plan B, ostatnia deska ratunku, trzymanie na haczyku. Nazwać można to na tysiące sposobów, schemat jest ten sam. Aha, żeby było uczciwie… mężczyźni też tak robią, tylko zdecydowanie rzadziej. 

Po drugie: Kobiety nie potrzebują przyjaciela. Kobiety potrzebują przewodnika. Kogoś, kto wskaże im nowe ścieżki, zamiast prowadzić przez wytarte szlaki. Kobiety potrzebują emocji. Uwielbiają być zazdrosne. Muszą czuć się zagrożone, bo nie ma nic gorszego niż facet, którego nie pragną inne kobiety. Nie potrzebują przytakiwania i zrozumienia, chcą być zdominowane. Zdominowane przez silnych, pewnych siebie, niezależnych mężczyzn. 

   Na koniec moja rada: chcesz wyjść z friendzone? Daj jej do zrozumienia, że jej nie potrzebu… wróć. Że jej NIE CHCESZ. W innym wypadku dostaniesz na długie miesiące, lata lub całą wieczność kamień z napisem… FRIEND (nienawidzę tej piosenki). Dziękuję, dobranoc. 


Nowszy post Starszy post Strona główna

0 komentarze: