Najnowsze

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, że jeszcze 200-300 lat temu, w Europie można było legalnie posiadać własnego niewolnika. Walka ...

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, że jeszcze 200-300 lat temu, w Europie można było legalnie posiadać własnego niewolnika. Walka z tym procederem na świecie zaczęła się pod koniec XVIII wieku a ostatnie państwa zdelegalizowały niewolnictwo dopiero pod koniec XX (!) wieku. I choć od tego czasu proceder ten jest oficjalnie nielegalny we wszystkich krajach kuli ziemskiej, to jednak wciąż jest stosowany na szeroką skalę, szczególnie w krajach tzw. „trzeciego świata” (handel dziećmi jako tanią siłą roboczą czy handel kobietami i zmuszanie ich do prostytucji). A jak sprawa wygląda u nas? Niektórzy powiedzą, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy niewolnikami systemów prawnych państw, w których żyjemy. I jest to poniekąd prawda, ale nie o tym będzie ten artykuł. Chciałbym się skupić na „niewolnictwie”, na jakie ludzie skazują się (paradoksalnie) z własnej woli i nie zdradzę Wam wielkiej tajemnicy, jeśli powiem na wstępie, że sprawa tyczy się głównie… kobiet.

Od zarania dziejów istniał jasny i prosty podział obowiązków na "męskie" oraz "damskie". Zadaniem mężczyzn było zdobywanie pożywienia, zapewnienie bezpieczeństwa oraz dachu nad głową. Natomiast kobiety dbały o ciepło domowego ogniska oraz potomstwo. Taki (naturalny pod względem cech fizycznych) podział miał się dobrze przez zdecydowaną większość historii naszej cywilizacji. Dopiero ostatnie stulecia to droga ku emancypacji a ostatecznie równouprawnienia kobiet w życiu publicznym. I to oczywiście jest dobre.

Niestety, w kwestii podziału obowiązków z związkach, często opieramy się ciągle na wzorcach średniowiecznych, w których kobieta była tak naprawdę "towarem", a mówiąc dosadniej – po prostu niewolnicą swojego mężczyzny. Bazujemy ciągle na kulturze, w której małżeństwa zawierane były bynajmniej nie z pobudek miłosnych, a racjonalnych.

I tak oto dzisiaj, w XXI wieku, wiele osób wciąż twierdzi, że mężczyźni są od zarabiania pieniędzy a kobiety od zajmowania się domem. I choć wiele kobiet widząc swoje matki/babki, które spędziły całe życie w domu przy „garach”, stara się nie powielać ich błędów, to jednak wciąż kusi je opcja „dobrego wyjścia za mąż”. Tylko, że choćby nie wiem jak szlachetnie brzmiały obietnice mężczyzny, że zadba o finanse i komfort życia rodziny (podczas gdy są tak naprawdę oznaką braku szacunku i traktowania kobiety jak przyszłą służącą), to wybór takiego życia to skazanie samej siebie na… no właśnie… niewolnictwo.

Dlaczego? Ponieważ:
Jeżeli nie jesteś w stanie odejść z dnia na dzień od swojego mężczyzny bez strachu o dach nad głową* lub o to, czy będziesz miała co wrzucić do garnka**… jesteś jego niewolnicą. I on prędzej czy później zacznie to wykorzystywać.

Kwestią czasu jest to, jak usłyszysz od niego: „to ja zarabiam, więc ja tu rządzę!”. Być może później za to przeprosi (żebyś przestała się fochać i znowu zaczęła gotować mu obiady), ale nie zmieni to faktu, że dalej będzie tak myślał. Każdy, kto na dłuższą metę utrzymuje drugą osobę, podświadomie zaczyna czuć, że jest górą w tej relacji i należy mu się więcej. Czuje się po prostu lepszy. To Ty będziesz bała się, że któregoś dnia zostawi Cię dla innej. To Ty będziesz starała utrzymać się go przy sobie. To dla Ciebie on będzie tym jedynym, podczas gdy dla niego możesz być tylko jedną z wielu. To on zawsze będzie górą.

W dodatku, faceci w większości tacy niestety są. Myślisz, że dlaczego w młodości sypiają z próżnymi, ale ładnymi laskami a gdy szukają żony, to oczekują, że ta będzie potrafiła (a najlepiej lubiła!) gotować, prać i sprzątać? O jakich kobietach mówią „dobry materiał na żonę.”? O prezesach spółek zarabiających 20 tys. miesięcznie, czy cichych, szarych myszkach, które nie będą się za bardzo wybijały? Które będzie łatwiej stłamsić do roli prywatnej służącej?

Dobre związki opierają się na PARTNERSTWIE dwóch niezależnych finansowo i emocjonalnie osób. Tylko taka konfiguracja gwarantuje wzajemny szacunek i sprawia, że obie osoby czują się pełnoprawnymi, równymi sobie stronami takiej relacji, co z kolei sprzyja codziennym staraniom o lepsze, wspólne „jutro”.

Jeśli marzy Ci się związek oparty na solidnych fundamentach, postaw na niezależność. Rozwijaj się, kształć, rób karierę. Tylko wtedy mężczyzna będzie musiał liczyć się z Twoim zdaniem i będzie Cię traktował z szacunkiem. Życie to nie bajka, w której bogaty i przystojny książę wiąże się z szarą myszką i traktuje ją jak księżniczkę. Tyle ile oczekujesz, tyle musisz sama od siebie dać.

Aha. Jest jeszcze jedna rzecz, o której powinnaś wiedzieć: otóż większość mężczyzn to po prostu… maminsynki. Tchórze, którzy boją się silnych kobiet. Szukają drugiej mamusi, która uprasuje im koszule i będzie czekała na nich z obiadem, a nie życiowej partnerki, z którą mogliby realizować wspólne pasje i marzenia. Ale czy właśnie z takim mężczyzną chciałabyś być? Na to pytanie odpowiedz już sobie sama.

*mieszkanie u rodziców się nie liczy.
 **jedzenie też.

Niedawno mój młodszy brat urządził w domu imprezę. Na ten sam wieczór miałem wiele różnych propozycji. Zaproszenie na domówkę, impreza w kl...

Niedawno mój młodszy brat urządził w domu imprezę. Na ten sam wieczór miałem wiele różnych propozycji. Zaproszenie na domówkę, impreza w klubie, wyjście do baru. Niestety moje plany popsuło mi moje samopoczucie i brak energii (dzień wcześniej intensywnie przeżywałem piątkową noc). Musiałem ze smutkiem poinformować brata o tym, że zostaję w domu i spędzam tę noc z nim i jego znajomymi. Wyobraźcie sobie jego wyraz twarzy... No ale jak to było opisane w moim ulubionym memie z Bronisławem Komorowskim: „RZYCIE RZYCIE JEST NOBELON”.

Zbliżała się godzina rozpoczęcia imprezy. Z minuty na minutę pojawiało się coraz więcej gości głodnych zabawy. Wiele osób znałem, więc od razu dołączyłem do młodszego towarzystwa na pogaduchy o „życiu”, gdy nagle poczułem wibracje wydobywające się z mojej kieszeni. Wyjąłem telefon i spoglądając na ekran, zobaczyłem zdjęcie mojej ukochanej mordy. Wieloletni przyjaciel, z którym znam się od czasów narodzin. Odebrałem telefon i przeprowadziliśmy bardzo szybką rozmowę:

-Siemanko! Co dzisiaj porabiasz?
-Hej! No właśnie siedzę w domu na imprezie brata. Wpadaj!
-Spoko będę za 20 min!

Jak powiedział, tak zrobił. Za dokładne 20 minut pojawił się w moich drzwiach z butelką dobrej whisky w ręku i swoją partnerką. Przywitaliśmy się i po chwili staliśmy we trójkę w CENTRUM WSZYSTKICH DOMÓWEK... czyli w kuchni. Otworzyliśmy butelkę mojego ulubionego alkoholu, nalaliśmy sobie po drinku i zaczęliśmy rozmowę. Po chwili zauważyłem, że wokół nas pojawia się coraz więcej osób płci męskiej. Zagadywali mnie i mojego kolegę, ale widać było, że ich głównym punktem zainteresowania była partnerka mojego przyjaciela. Ponętna brunetka o wielkich brązowych oczach i pięknych kobiecych kształtach. Automatycznie skupiła na sobie uwagę wszystkich facetów. Testosteron aż syczał w powietrzu. Młodzi uczestnicy imprezy zakończyli rozmowę ze swoimi rówieśniczkami i zagadywali moją koleżankę. Pamiętam, jak stałem z przyjacielem w kuchni i pijąc drinka, patrzyliśmy na jego dziewczynę siedzącą na kanapie otoczona młodymi chłopakami. Zabawny widok. Kobiety uwielbiają przebywać w centrum uwagi. Kochają, gdy wszyscy skupiają na nich swoją uwagę i chcą z nimi spędzać czas.

Impreza rozkręciła się bardzo szybko. Część osób spędzała czas w ogrodzie przy grillu, niektórzy w salonie tańcząc a my dalej niezmiennie... w kuchni. Na chwilę zmienię temat. Zastanawialiście się kiedyś nad tym, dlaczego właśnie w kuchni spędza się najlepiej czas na domówce? Każdy pcha się akurat do tego pomieszczenia, nie potrafiąc wyjaśnić, po co i jaki jest tego powód. Może to kwestia wizji małej odległości do zamrażarki z alkoholem i lodówki z jedzeniem? Nie potrafię tego wyjaśnić, ale sam zawsze, gdy wchodzę na imprezę organizowaną w domu, to mój radar w głowie nakierowuje mnie na kuchnię, gdy nawet nie znam mieszkania.

Wracając. Dochodziła późna godzina, o której większość gości nie miała już kontaktu ze światem, część rozeszła się po pokojach poszukując wolnego miejsca do spania a pozostali odbijali się od ścian niczym zombie z serialu The Walking Dead. Mój przyjaciel i ja próbowaliśmy trzymać fason przed młodszym towarzystwem jednak spotkanie przy dobrej flaszce po dłuższym czasie spędzonym bez siebie, robi swoje. Niestety tak jest. Faceci zawsze znajdą okazje do tego, żeby się wspólnie napić (a gdy do tego kolega stawia, to już nie ma przeproś).

Rozmowom nie było końca. W kuchni łącznie z moim kolegą i jego dziewczyną zostało zaledwie kilka osób. Po chwili usłyszałem pewien dźwięk, który przypominał odgłos idącej pijanej osoby. Nagle zza ściany wyłonił się chłopak w stanie wskazującym i zadał pytanie:

„gdzie są wszystkie dziewczyny?!”.

Większość osób olała chłopaka, lecz jeden z jego rówieśników szybko udzielił mu odpowiedzi na to pytanie, która bardzo utkwiła mi i moim znajomym w głowie:

„dziewczyn już nie ma... zostały tylko kobiety”.

Przez chwilę nie wiedziałem co mam powiedzieć. Byłem w szoku, bo nie spodziewałem się u tak młodej osoby takiego opanowania i szacunku do kobiety, która stała obok niego. On sam chyba nie był do końca świadomy, ile zyskał w oczach jej chłopaka i w moich. Młody gentleman został przyjacielsko poklepany po ramieniu, a uśmiech pięknej kobiety był dla niego największą nagrodą. To był moment, w którym mógł pękać z dumy, ponieważ mało który dorosły posiada taką klasę i szacunek do płci pięknej...

/jesse


Drogie kobiety, żeby zrozumieć świat mężczyzn, musicie pojąć jedną bardzo ważną kwestię. Otóż osobniki płci męskiej dzielą się na dwie grup...

Drogie kobiety, żeby zrozumieć świat mężczyzn, musicie pojąć jedną bardzo ważną kwestię. Otóż osobniki płci męskiej dzielą się na dwie grupy:
 
1. Tych, którzy chcą zaciągnąć kobietę do łóżka.
2. Tych, którzy chcą zaciągnąć kobietę do łóżka, ale udają, że im na tym nie zależy.

Możesz się spierać, pisać „nieprawda, ja taki nie jestem” (faceci) czy „nieprawda, mój taki nie jest” (kobiety), ale będzie to oznaczało, że albo kłamiesz (faceci), albo jesteś naiwną idiotką (kobiety). Prawda jest taka, że im szybciej pogodzisz się z tym faktem, tym lepiej dla Ciebie. Dla pewności powtórzę jeszcze raz:

Każdy heteroseksualny mężczyzna, spotykając się z kobietą, chce ją zaciągnąć do łóżka. Każdy.

Jasne? No to możemy kontynuować. Teraz pewnie myślisz, że w takim razie wszyscy faceci są tacy sami i myślą tylko o jednym. Otóż… Nie Tak. Badania* wskazują, że myślimy o seksie średnio 19 razy w ciągu dnia (u kobiet liczba ta wynosi około 10 razy). Dla porównania – o jedzeniu w ciągu dnia myślimy średnio 18 razy, natomiast o spaniu 11 razy. Na podstawie takich wyników, można wysnuć prosty wniosek:

Faceci to LENIWE, GRUBE I ZBOCZONE świnie!

Gdybym był kobietą, zapewne w tym miejscu zakończyłbym ten tekst. Jestem jednak mężczyzną, więc ze względu na solidarność plemników, porannych erekcji oraz owłosienia na dupie klacie, czuje się zobowiązany stanąć w obronie męskiej części populacji!

Otóż my – mężczyźni, sterowani testosteronem, wychowani na wszechobecnym porno, traktujący kobiety jako obiekty seksualne (chyba sobie nie ułatwiam)… mamy czasami naprawdę dobre intencje! To, że spotykając się z kobietą myślimy o jej kształtnych pośladkach i o tym, co chcielibyśmy zrobić z nimi dziś wieczorem, nie znaczy, że po wszystkim nie mielibyśmy ochoty wyskoczyć razem do kina, na spacer czy do knajpy za rogiem, w której podają najlepsze żeberka w mieście. Wszystko rozbija się o prywatną hierarchię wartości i… priorytety. Dlatego nie można wrzucać nas wszystkich do jednego wora.

Dla jednych zaciągnięcie kobiety do łóżka będzie celem samym w sobie i po jego zrealizowaniu zainteresowanie zaniknie, lub w najlepszym wypadku „lekko” osłabnie. Natomiast dla innych, jest to jedynie element większego planu, jakim jest zbudowanie poważnej relacji.

Jasne, możecie się obrażać i obruszać, że od początku myślimy o seksie oraz podważać szczerość naszych intencji, tylko zastanówcie się: komu robicie tym krzywdę i jaki to ma przynieść skutek? Owszem – myślimy, ale nie znaczy to, że nie myślimy również o szeregu innych ważniejszych spraw, na czele z budowaniem poczucia bliskości, zaufania, otaczaniem opieką, a w dalszej fazie wprowadzaniem relacji na kolejne, wyższe etapy.

Powoli kończąc, wróćmy jeszcze na chwilę do samego początku tekstu i podziału mężczyzn na grupy.

Pierwszą stanowią mężczyźni świadomi swojej seksualności, nie próbujący z nią walczyć a jedynie kontrolować w sposób odpowiedni dla ich systemu wartości oraz wspomnianych wcześniej priorytetów.

Druga grupa to mężczyźni, którzy zdali sobie sprawę, że łatwiej kobietę zaciągnąć do łóżka….. udając, że im na tym nie zależy (a tak niestety jest). I szczerze mówiąc, tych facetów na miejscu kobiet wystrzegałbym się najbardziej. Jak już wspomniałem, każdy facet chce to zrobić, więc udawanie, że tak nie jest… to po prostu próba oszustwa. Natury? Samego siebie? Kobiety? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że z założenia omijam osoby nieszczere szerokim łukiem i kierowanie się taką samą zasadą polecam również Wam – kobietom.

Pamiętajcie: lepsza szczera zboczona, gruba i leniwa świnia, niż kłamca i manipulant!



*http://www.newsweek.pl/nauka/wiadomosci-naukowe/mezczyzni-mysla-nie-tylko-o-seksie-,85019,1,1.html






Ten dzień nie różnił się niczym od pozostałych. Codzienna monotonia. Wstajesz rano i wiesz, że nic się nie wydarzy. To samo mieszkanie, te...

Ten dzień nie różnił się niczym od pozostałych. Codzienna monotonia. Wstajesz rano i wiesz, że nic się nie wydarzy. To samo mieszkanie, ten sam kapeć w buzi, ten sam namiot w majtkach. A obok w łóżku puste miejsce. Samotność. Choroba XXI wieku. 

Pobudka punkt 5:00. Często daje sobie jeszcze dodatkowe 10 min leżenia tak jakbym wierzył, że to coś zmieni. Patrzę w sufit i myślę nad tym czym dzisiejszy dzień "znów" mnie zaskoczy.
Po chwili zabieram się za poranną toaletę, śniadanie i karmienie kota. Norma. Mieszkam sam, więc nikt mi nie przeszkadza w moich ważnych obowiązkach... Zawsze stresuje mnie myśl, że spóźnię się do pracy. Nie wiem czy to dlatego, że lubię dłużej pospać czy po prostu jestem punktualny.

Do pracy jeżdżę pociągiem. Szybki i tani transport, który łączy moją wiochę z dużym miastem tuż obok.
Zawsze gdy docieram na dworzec wita mnie ten sam, ten niezmienny widok mojego pociągu. Stoi na peronie numer 1. Dosłownie tak jakby na mnie czekał. Wybieram środkowy wagon i ulubiony przedział numer 4. Czysty i zawsze wolny. Czasem wydaje mi się, że jestem jedyną osobą, która w nim przebywa. Za 3 minuty odjazd. Cytując klasyk "chyba chińskie 3 minuty". PKP jest moim całkowitym przeciwieństwem. Ja szanuję czas innych ludzi.
Wyglądając przez okno zauważyłem nieznaną mi wcześniej postać. Jest to niespotykane szczególnie w tak małych wioskach jak moja. Zestresowana i ewidentnie spóźniona piękna blondyneczka. Uwielbiam blondynki.

Zawsze rozśmiesza mnie gdy kobieta próbuje biegać w wysokich szpilkach. Większość facetów poddałaby się po zaledwie kilku krokach. A Wy? Wyglądacie jakby świat zatrzymał się w miejscu. Nieważne jest to co myślą wszyscy dookoła. Czy wyglądam śmiesznie lub żałośnie. Zaczęłam biec więc już nie przestanę!
Gdy nagle zniknęła z mojego pola widzenia zacząłem się zastanawiać:

-kim jesteś piękna nieznajoma? Czy dobiegłaś na czas? Czy Twoje małe kobiece kostki i stopy nie doznały kontuzji? - człowiek z nudów myśli o wszystkim jednak, każdy szanujący się facet wie, że nie trzeba się nudzić, żeby myśleć o kobietach. Ta była wyjątkowa. Widziałem ją zaledwie 15 sekund a już potrafiłem z zamkniętymi oczami opisać to jak wyglądała i to co zrobiłbym z nią gdyby była ze mną sam na sam.

Pociąg ruszył. Tak jak moja wyobraźnia. Ciągle w głowie miałem obraz nieznajomej a poziom mojego podniecenia wzrastał z każdą sekundą. Zdziwieni? Jestem typem małego zboczeńca. Ale nie takiego co chodzi po ulicy i obnaża się publicznie. Po prostu kocham kobiety i ich seksualność, która działa na mnie wyjątkowo kreatywnie. Czasem sam zastanawiam się czy to kwestia mojej wyobraźni czy obejrzałem za dużo filmów porno.
Gdy w końcu udało mi się przybrać wygodną pozycję na fotelu przyszedł czas na położenie torby na kolanach. Normalnie leży na miejscu obok jednak dzisiaj służyła mi jako przykrywka. Dosłownie. Każdy facet zna uczucie niezaplanowanego wzwodu, który pojawia się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Kobiety... Nawet nie zdają sobie sprawy ilu facetów wpada w zakłopotanie podczas ich codziennego spaceru. Wszystko działa jak natura chciała. My faceci nie oszukamy matki natury. Poza tym, który normalny mężczyzna próbuje?

Największe zakłopotanie poczułem w momencie pukania do drzwi przedziału. Gdy po chwili otworzyły się zobaczyłem znów tą samą i jedyną w swoim rodzaju buzię nieznajomej blondynki. Jej włosy były tak idealne, że przebijały wszystkie te, które widziałem w reklamach damskich szamponów. Duże niebieskie oczy z tym czymś co najbardziej uwielbiam... Nie chodzi o sam kolor, który i tak był idealny. Miały w sobie ten seksowny blask, który wyrażał więcej niż tysiąc słów. Te kurwiki, które przekazywały najważniejszą informację... Jestem rakietą i mam tego świadomość. Pewność siebie jest cechą wrodzoną. Nie da się tego nauczyć a ona była w tym najlepsza. Każda część jej ciała była idealna. Piękne usta pomalowane czerwoną szminką były tak perfekcyjne jakby stworzone tylko do jednej czynności. Idealnie białe zęby, którymi seksownie przygryzała dolną wargę. Elegancki i obcisły strój podkreślał jej nienaganną figurę. Do tej pory widziałem takie kształty tylko w gazetach dla mężczyzn. Jako spec wielkość biustu określiłem na między dużym B a C. Ale mniejsza o to. Ja jestem fanem kobiecych pup dlatego na tej części ciała skupił się mój napalony wzrok. Gdybym był Zbigniewem Wodeckim z mojej kieszeni wyjąłbym tabliczkę z oceną "10". Istne arcydzieło.

Wtedy pierwszy raz usłyszałem jej głos. Spojrzała mi prosto w oczy i z lekkim uśmiechem na twarzy zapytała:
-przepraszam, czy to miejsce jest wolne?

Wmurowało mnie, ponieważ swoją zadbaną dłonią wskazała miejsce obok mnie. W przedziale było jeszcze 5 innych wolnych miejsc a ona wybrała właśnie to. Dlaczego? Do dzisiaj zadaje sobie to pytanie. Przecież jej nie odmówię-pomyślałem-i szybkim ruchem zabrałem swoje rzeczy z miejsca obok. Nieznajoma podeszła do mnie, odwróciła się i lekko wypinając pupę wpasowała ją między oparcie a mnie. Uwielbiam tą świadomość swojego ciała. Niestety nie wszystkie kobiety potrafią to wykorzystać. Zastanawiałem się czy to mój urok na nią tak zadziałał czy po prostu dawno jej nikt nie bzykał. Przez pierwsze 5 minut panowała niezręczna cisza. Nie jestem niestety typem podrywacza więc nie podjąłem rozmowy. Po chwili poczułem na sobie jej wzrok. Patrzyła prosto w moje przestraszone oczy. Już wtedy wiedziała, że ma mnie w garści. Jej dłonie ocierały się o wewnętrzną stronę ud lekko zachodząc pod skąpą spódniczkę. Nie wiedziałem jak mam to interpretować. Gdy zauważyła, że mi się to podoba zaczęła swoje przedstawienie. Bez słowa położyła swoją dłoń na moim udzie i lekko drapała mnie paznokciami utrzymując dalej kontakt wzrokowy. Nigdy nie zapomnę tego uśmiechu. Stanowczy, pewny siebie i niesamowicie seksowny. Jej dłoń wędrowała między moim udem a kolanem często zahaczając o krok. Widziałem na jej buzi tą wyraźną satysfakcję. Osiągnęła cel. Podnieciła mnie do granic możliwości czerpiąc z tego dużą przyjemność. Znów na mnie spojrzała. Tym razem troszkę inaczej. Tak jakby bez słów pytała mnie czy może iść dalej. Odpowiedziałem jej w ten sam sposób. Wyraźnym i napalonym spojrzeniem. Nieznajoma wstała, rozpięła mi rozporek i zsunęła mi spodnie, które zatrzymały się na moich kostkach. Spojrzała na mój sprzęt z zachwytem po czym schylając się zdjęła swoje czerwone koronkowe stringi. To była kobieta, która uwielbiała władzę. Podeszła do mnie i wepchnęła mi swoje majteczki do ust tak jakby chciała dać mi do zrozumienia, że mam być cicho. Nie protestowałem. Podnieciło mnie to jeszcze bardziej. Gdy była już gotowa podwinęła swoją spódniczkę do połowy uda i pupy. Teraz czekałem już tylko na najlepsze. Kolejny raz spojrzała na mnie tym wzrokiem lekko podgryzając dolną wargę ust. Chwyciła mocno oparcie fotela i przodem do mnie siadła w rozkroku zamykając mnie między swoimi nogami. I wtedy zaczęła jazdę na najwyższych obrotach. Siedziałem mocno przygnieciony do fotela gdy ona skacząc po mnie krzyczała z rozkoszy. Teraz mogłem poznać kolejne miny nieznajomej. Od miny wyrażającej niesamowitą przyjemność po minę perwersyjnej suki, którą podnieca władza. Odchylając głowę do tyłu zamknęła oczy tak jakby chciała dać porwać się chwili. Wygięła swoje ciało jak zawodowa gimnastyczka a guziki w jej koszuli ledwo wytrzymywały całe napięcie. Jej biust wyraźnie chciał do mnie wyskoczyć jednak nie na wszystko pozwalał nam czas. Nie trwało to niestety długo ponieważ trasa pociągu powoli dobiegała końca.

Gdy skończyła, wstała i spojrzała na mnie z szyderczym uśmiechem. Poprawiła spódnicę, odgarnęła włosy i podeszła do drzwi wyjściowych z przedziału. Na sam koniec naszej chwilowej i niezapomnianej przygody dodała:
-uwielbiam seks z samego rana...

Po chwili zniknęła za drzwiami przedziału.
Pociąg zatrzymał się. Dotarłem do celu. Miałem dosłownie 3 minuty na założenie spodni, poprawienie fryzury i wyjście z pociągu.

Do dziś nie wiem kim była i jak miała na imię. W mojej głowie został tylko jej obraz i określenie "nieznajoma". Nie sądziłem, że może to wywołać pozytywne uczucia radości i podniecenia. Znaleźliśmy się w tym samym miejscu w tym samym czasie. Widocznie tak miało być. Często wyglądam za okno pociągu wypatrując mojej pięknej nieznajomej ale nigdy już się nie pojawiła. Jedyne co mi po niej zostało to jej piękny zapach na moich ubraniach, czerwone koronkowe stringi i świadomość tego, że nie jestem już prawiczkiem.


   Każdy dorosły mężczyzna chociaż raz w swoim życiu znalazł się w Strefie Przyjaźni. I nie chodzi mi o klasyczny tekst po nieudanym związ...

   Każdy dorosły mężczyzna chociaż raz w swoim życiu znalazł się w Strefie Przyjaźni. I nie chodzi mi o klasyczny tekst po nieudanym związku – „zostańmy przyjaciółmi”, mam raczej na myśli zaszufladkowanie już na początku znajomości. I sytuację, w której nie jest to dla nas wymarzony obrót spraw. W swoim życiu zostałem „zafriendzonowany” dwa razy. 

   Za pierwszym razem (kierując się logiką) starałem się być jak najlepszym przyjacielem, tak żeby wybranka zobaczyła, że można na mnie polegać, żeby zrozumiała jak świetnie się dogadujemy, miło spędzamy razem czas i żeby w końcu dotarło do niej, że do siebie po prostu… pasujemy. Za drugim razem olałem sprawę. Owszem, potrafiliśmy prowadzić wielogodzinne rozmowy o sensie egzystencji, chodzić na długie spacery po parku i wysłuchiwać swoich problemów. Ale tym razem miałem w dupie to co o mnie pomyśli. Opowiadałem więc o swoich podbojach, o dziewczynach które mi się podobają (pomijając ją rzecz jasna), dając wręcz niejednokrotnie do zrozumienia, że ona – jako kobieta – nie interesuje mnie w ogóle. Zgadnijcie, w którym przypadku udało mi się wyjść ze Strefy Przyjaźni. Tak, dokładnie, zgadliście. Ale po kolei… 

Podejście pierwsze - taktyka na przyjaciela. 

   Dziewczyna podobała mi się od podstawówki. Wysoka, szczupła, ładna, inteligentna. Pamiętam, że po latach spotkaliśmy się na… rekolekcjach do bierzmowania. Lata szkoły średniej. Za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć jak się nazywała, ale były to czasy naszej-klasy, więc znalazłem ją bez problemu. Kilka razy poszliśmy razem na te spotkania (cholera, 9 miesięcy spotkań z animatorem, jedno tygodniowo. Mam nadzieję, że przyszła żona doceni moje poświęcenie), wymieniliśmy się numerami i jakoś poszło. Zostaliśmy PRZYJACIÓŁMI. Była po długoletnim związku, więc „nikogo nie szukała”. Ok, przeczekam – pomyślałem. Jakież było moje zdziwienie gdy miesiąc później okazało się, że ma już nowego chłopaka. A te wszystkie spacery wieczorami? Te rozmowy w blasku księżyca?! „bo z Tobą Cezar to mogę porozmawiać o wszystkim, a tamten to taki prosty chłopak”. Tylko, że kurwa to ten prosty chłopak pieprzył ją nocą, a ja za dnia słuchałem jaki on jest dla niej niedobry. Nie uwierzycie w moją naiwność, ale tkwiłem w takim układzie kilka miesięcy. Kurwa, odbierałem ją nocami od niego, bo nie miała auta. Frajerstwo w czystej postaci. 

Podejście drugie – friendzone za friendzone. 

   Nie będę ściemniał. Zaczepiłem ją na fejsie. Zero wspólnych znajomych, zero informacji, zero dojścia. Zaczepka – ostatnia deska ratunku. Poszło. I na starcie pierwszy zonk (hehe zonk, pamiętacie tego kota?) – zakochana w innym. W dodatku w obcokrajowcu. Jak w jakimś pierdolonym filmie, miłość na 2 tysiące kilometrów. Pamiętam, że miał takie samo imię jak ja, tylko w ichniejszym języku, powiedzmy, że – Cezarre. No i ile ja się znów osłuchałem, jaki ten Cezarre jest zły i niedobry.  Zacząłem jak za pierwszym razem: słuchać i doradzać. I co? I znowu zostałem przyjacielem. Wtedy coś we mnie ruszyło. Zacząłem myśleć. Czemu gdy staram się być miły, troskliwy i opiekuńczy, od razu ląduję w szufladzie z napisem „FRIENDS FOREVER”? Wkrótce to rozumiałem to, ale musicie mi wybaczyć, o tym napiszę na końcu. Grunt, że postanowiłem zmienić taktykę. Używając terminologii pokerzystów, zagrałem all in. Pogłębiłem friendzone. Wepchnąłem ją w tę szufladę głębiej, niż ona mnie. Zacząłem spotykać się z innymi a w trakcie naszych przyjacielskich spacerów nie żałowałem sobie barwnych opowieści z moich randek. Mniej obchodziły mnie już jej problemy, zacząłem kierować uwagę głównie na siebie. Często, z premedytacją, porównywałem inne do niej. Na korzyść tych innych, rzecz jasna. Niby przypadkowo wtrącałem uwagi, o jakich cechach dziewczyny nie chciałbym mieć. Zgadniecie czyje to były cechy? :) I nagle boom. „Cezar jaki Ty jesteś fajny. Myślę ciągle o jakimś chłopaku, który jest tysiące kilometrów stąd, a obok mam takiego wspaniałego faceta.” Miesiąc później byliśmy już razem. I nie był to odosobniony przypadek. Metoda testowana wiele razy. Zawsze skuteczna. Wnioski? 

Po pierwsze: Kobiety czekają na księcia na białym rumaku. Banał? Owszem, ale jaki prawdziwy. One naprawdę ciągle liczą, że znajdą kogoś lepszego. Dlatego nie szkoda im próbować z „prostymi chłopakami”, bo jak nie ten, to następny. Mała strata. Natomiast przyjaciela chcą trzymać blisko siebie, bo w razie gdy książę jednak nie raczy się zjawić, to zawsze mają w zanadrzu „tyle się już znamy, świetnie się dogadujemy, powinniśmy być razem.” W dowolnej chwili, w przypływie poczucia samotności, zawsze mogą wrócić do swojego przyjaciela. Koło ratunkowe, plan B, ostatnia deska ratunku, trzymanie na haczyku. Nazwać można to na tysiące sposobów, schemat jest ten sam. Aha, żeby było uczciwie… mężczyźni też tak robią, tylko zdecydowanie rzadziej. 

Po drugie: Kobiety nie potrzebują przyjaciela. Kobiety potrzebują przewodnika. Kogoś, kto wskaże im nowe ścieżki, zamiast prowadzić przez wytarte szlaki. Kobiety potrzebują emocji. Uwielbiają być zazdrosne. Muszą czuć się zagrożone, bo nie ma nic gorszego niż facet, którego nie pragną inne kobiety. Nie potrzebują przytakiwania i zrozumienia, chcą być zdominowane. Zdominowane przez silnych, pewnych siebie, niezależnych mężczyzn. 

   Na koniec moja rada: chcesz wyjść z friendzone? Daj jej do zrozumienia, że jej nie potrzebu… wróć. Że jej NIE CHCESZ. W innym wypadku dostaniesz na długie miesiące, lata lub całą wieczność kamień z napisem… FRIEND (nienawidzę tej piosenki). Dziękuję, dobranoc. 


Każdy lubi się chwalić. Uważam to za zupełnie normalne, ale pod jednym warunkiem: jeśli przedmiotem owego „dzielenia się nowiną” jest rzec...

Każdy lubi się chwalić. Uważam to za zupełnie normalne, ale pod jednym warunkiem: jeśli przedmiotem owego „dzielenia się nowiną” jest rzecz lub czyn, do którego dana osoba doszła sama. Mówiąc krótko – zapracowała sobie na to. Szanuję i doceniam takich ludzi, stąd też uważam, że mają  święte prawo chwalić się swoimi dokonaniami, przy okazji inspirując do działania innych. Na drugim biegunie moich sympatii i szacunku są te osoby, które chwalą się bo tata kupił im samochód a znajomy załatwił dobrą pracę bo ma „układy”. W takich przypadkach idealnie sprawdza się stare powiedzenie – milczenie jest złotem.

A co z chwaleniem się łóżkowymi podbojami? Z jednej strony, mężczyzna musi się nieraz zdrowo napocić i napracować, żeby zdobyć kobietę, więc czemu miałby się nie pochwalić? W końcu rozpiera go duma, chce się tym z kimś podzielić! To naturalne! Z drugiej natomiast, gentlemanowi po prostu jakoś tak… nie wypada. Czasami, mimo bycia zajebistym, trzeba to po prostu przemilczeć. To dodaje nam klasy.

Może nie wiecie, ale życiu każdego mężczyzny zdarzają się zarówno te bardziej jak i te mniej udane randki. A skoro nie wypada się tak ciągle chwalić… to dziś będzie o tych drugich.

Christopher Nolan – żaden reżyser nie wywołuje u mnie tak skrajnych emocji. Świetna seria filmów o Batmanie, fatalny Interstellar (serio, straszny gniot, choć Major się ze mną nie zgodzi) oraz… Incepcja. Ahh ta nieszczęsna Incepcja.

Czas studiów. Kilka miesięcy wcześniej skończyła się moja pierwsza miłość. Jak się później okazało – nie tylko pierwsza, ale i ostatnia w moim dotychczasowym życiu. Nie pamiętam czy był już facebook, czy były to jeszcze czasy naszej-klasy. W każdym bądź razie napisałem. „Masz śliczne oczy” – wtedy jeszcze myślałem, że dziewczyny lubią romantyków. O dziwo odpisała. Porozmawialiśmy. Pierwsza randka? Nie pamiętam, ale chyba u niej. W wynajmowanym pokoju. Też studentka. „Mmm przystojny jesteś” – i już wiedziałem, że ta noc nie skończy się na plotkach przy piwie. W TV leciał jakiś mecz a potem film, nie wiem jaki. Nie pamiętam, bo leżeliśmy już pod kocem. I co? I… nic. Wszelkie moje próby „ataków” były gaszone krótkim „nie”. A potem gdy sama sięgnęła dłonią poniżej pasa, wielkie zdziwienie, że ochota przeminęła… Nie pomogły jej chaotyczne, ręczne próby naprawienia sytuacji. I jeszcze to jej: „Ale o co chodzi? Źle Ci jest?”. Nie no, wspaniale. Daliśmy sobie spokój. Rano zmyłem się wraz z pierwszym autobusem.

I to byłby koniec, gdybym… był odrobinę mądrzejszy. Ale była to moja pierwsza tego typu sytuacja, więc postanowiłem z nią o tym porozmawiać. Wtedy to dowiedziałem się, że „nie” znaczy „tak”, że kobiety lubią mówić „nie”, a mężczyzna powinien się do nich dobierać mimo to (nie wiem, czy spał z nią Janusz Korwin-Mikke, ale jeśli tak to już w pełni rozumiem jego poglądy). Spotkaliśmy się więc ponownie. Tym razem u mnie. Zaproponowała włączenie filmu na laptopie. „Incepcja! Świetny film!”. No ok, nie oglądałem, więc spoko. I zaczęła się… najdłuższa noc w moim życiu. Znowu było „nie”, ale wg wcześniejszych ustaleń miałem się tym nie przejmować, więc kontynuowałem… ale kolejne „nie” było zdecydowane oraz połączone z dość mocnym odepchnięciem mnie od siebie… „Kurwa, o co tu chodzi?!” – to pytanie ciągnęło się za mną jeszcze kilka następnych godzin. Usiadłem obok, bez słowa, zacząłem skupiać się na filmie. I nagle czuję palec. Palec wwiercający się miedzy moje żebra. „Zaczepia mnie” – pomyślałem. „Może zrozumiała, że zachowuje się jak idiotka i tym razem nie odpierdoli jakiejś sceny” – dodałem sobie w myślach. O ja naiwny! Schemat powtarzał się za każdym razem. A co najgorsze… był środek nocy, ona z innego miasta, wypiliśmy już alkohol… byłem zdany na jej obecność do rana. Z filmu nie zapamiętałem nic, noc niestety pamiętam do dziś. I do dziś jestem cholernie uczulony na zaczepki w formie kłucia palcem po żebrach.

Rano powiedziałem tylko: „wiesz co, idź już sobie”. Nie jestem z tego dumny, ale nie wytrzymałbym z nią ani chwili dłużej. Tego ranka zrozumiałem też bardzo ważną rzecz: „nigdy nie zapraszaj nowopoznanej dziewczyny do siebie”. I tą zasadą kieruję się do dzisiaj.

P.S. Incepcję obejrzałem ponownie dopiero po kilku latach. Genialny film.